Ale tylko troszeczke. Przez dwie noce mial temp 38C. Poza tym nic: zadnych innych objawow. Dzisiaj Asia pomogla matce zdecydowac: idziemy do lekarza. Ja chcialam jeszcze poczekac bo podejrzewalam zwykle przeziebienie. Zreszta nie ma sie czemu dziwic: nawet mnie wykonczyly zmiany temperatur (tez mam katar). Zycie tu toczy sie w klimatyzacji only, ale czasem trzeba np wyjsc na dwor. Roznica temperatur znaczna. A organizm nie przyzwyczajony do AC oslabia sie i jest duzo bardziej podatny na infekekcje.
Takze Asia znalazla szpital (tu nie ma oodzielnej instytucji przychodni. Przychodnie sa w szpitalach). Ale okazalo sie, ze ten szpital, w ktorym lecza sie lokale (arabowie) nie honoruje ubezpieczenia, jakie Sis musiala wykupic, zebysmy mogli dostac wizy. Wskazali nam zatem inny szpital. Hinduski... Tu jest bardzo duzo hindusow, takze maja swoje szpitale. Musze wyjasnic, ze panuje tutaj cos w rodzaju systemu kastowego. Na samym wierzcholku sa arabowie. Hindusi, Filipinczycy, Etiopczycy to te najnizsze kasty. Expaci gdzies pomiedzy.
Takze wyobrazcie sobie ten "folklor" w hinduskim szpitalu...;) Czysto tam nie bylo, o nie. Sis zakazala Julsikowi dotykania czegokolwiek;) Sciany nie wiem czemu pomalowane na rozowo, z sufitu zdjete te zaslepki, wiec ca ly system klimatyzacyjny na wierzchu. Folklor pelen:)
Ale lekarz bardzo porzadny. Z bardzo przywoitym angielskim (tak, tak nie wszyscy tu mowia zrozumiale po angielsku). I znal sie na rzeczy. Po dwojce dzieci wiedzialam, co powinien zrobic, zbadac, na co spojrzec. Przyczepic sie nie bylo mozna. Julian na lekka infekcje wirusowa, na szczescie uszy nie sa zainfekowane. I trzymajcie za to kciuki!!! zeby skonczylo sie maks na katarze.
A szpital: fajne doswiadczenie. Zupelnie nie pasowal do tego calego blasku, blichtru, etc. Taka inna twarz ZEA. Turystom na ogol nie znana.